AGORA członków polskich SM ( i nie tylko)

Folwarki prezesów

Z bliskiej nam strony : http://www.zafalochronem.cba.pl/index.php/rozwiewanie-mitow/44-rzeczywisto/97-spodzielnie-w-rkach-nomenklatury.html

„Z Arkadiuszem Peisertem rozmawia Krzysztof Wołodźko

Arkadiusz PeisertArkadiusz Peisert – Doktor socjologii, autor książki „Spółdzielnie mieszkaniowe: pomiędzy wspólnotą obywatelską i alienacją”

W spółdzielniach mieszkaniowych ciągle rządzi postkomunistyczny typ aparatczyków, którzy na początku transformacji stali się właścicielami tych „folwarków” i z nich żyją.

Jaka jest skala spółdzielczości mieszkaniowej w Polsce?

Osiedla zarządzane przez spółdzielnie mieszkaniowe zamieszkuje dziś ok. 12 mln ludzi. Z tego 10 mln osób żyje na osiedlach z czasów Polski Ludowej. Spółdzielnie te zarządzają olbrzymim majątkiem, wartym co najmniej 1,5 bln zł.

Zarządzają w sposób bardzo patologiczny…

Spółdzielczość, także mieszkaniowa, jest na całym świecie interesującą alternatywą dla rozwiązań wolnorynkowych. Jednak ta rodzima została skażona w epoce PRL, w latach 60. i 70., szczególnie w drugiej połowie siódmej dekady, gdy do spółdzielni wprowadzono partyjną nomenklaturę i stały się one quasi-państwowymi kombinatami. W 60 proc. budynki, które obejmują dzisiejszą spółdzielczość mieszkaniową, powstały w tamtym właśnie okresie, w czasach „wielkiej płyty”.

Już w latach 90. doszło do uwłaszczenia, ale raczej byłej nomenklatury niż członków spółdzielni. Zlikwidowano centralne struktury spółdzielczości, ale pozostały lokalne „księstwa spółdzielcze”, które w dużej mierze trwają do dziś. Oznacza to, że w większości przypadków mieszkańcy nadal nie mają de facto żadnej demokratycznej kontroli nad tymi rzekomymi spółdzielniami. Ciągle rządzi tam po-PRL-owski typ aparatczyków, którzy na początku transformacji stali się właścicielami „folwarków” i z nich żyją. Moim zdaniem na początku lat 90. należało na fali aktywności obywatelskiej i ożywienia społecznego zmierzać do jak najdalszego oddolnego uwłaszczenia obywateli.

Ale przecież następuje wymiana pokoleniowa…

Tak. Jednak władze spółdzielni nauczyły się przez ten czas wykorzystywać wszystkie formalne mechanizmy demokratyczne na własną korzyść. Z kolei pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków, członków tych struktur, często mało interesuje się społecznym wymiarem spółdzielni mieszkaniowych, których są członkami. Traktują mieszkanie wyłącznie jako towar konsumpcyjny. Ale owszem, pojawiają się też bardziej świadome osoby, częściej niż kiedyś pojawiają się protesty wobec samowoli władz spółdzielczych.

Problemem ogólnospołecznym jest klientelizm wobec władzy. Jak to się objawia na gruncie spółdzielczości mieszkaniowej?

To istota problemu. W znanej mi dobrze spółdzielni próba demokratyzacji jej struktur zderzyła się nawet nie z oporem prezesa, ale mniej więcej setki pracowników spółdzielni, ich rodzin i znajomych, którzy się temu przeciwstawili. Mówiąc pół żartem, pół serio: to bardziej spółdzielnia pracy dla pewnej grupy, która robi wszystko, by zapewnić sobie zatrudnienie kosztem całej reszty spółdzielców. I to powtarza się w skali kraju. W dużych spółdzielniach mieszkaniowych powstał mechanizm destrukcyjny wobec aktywności obywatelskiej, oparty na układach wpływowych grup interesu.

A może nie ma w tym nic złego, że ludzie chcą mieć po prostu święty spokój w czterech ścianach mieszkania?

To pytanie po części socjologiczne, lecz także ekonomiczne. To znaczy: na ile ludzie wolą ponosić określone straty finansowe, byle nie zaprzątać sobie głowy pewnymi sprawami. Wyliczyłem, że w mojej spółdzielni mieszkaniowej można by obniżyć czynsz o 1/4, gdyby ludzie uważnie patrzyli na ręce jej zarządowi i angażowali się.

Wszyscy by zyskali na większym zaangażowaniu, regularnej, dużej obecności członków spółdzielni na zebraniach. Tak się nie dzieje. I kliki stojące na czele wielu spółdzielni dobrze o tym wiedzą i z tej bierności korzystają.

W swojej książce przedstawia pan kilka studiów przypadków funkcjonowania spółdzielni mieszkaniowych, które można uznać za modelowe. Proszę je przybliżyć.

Z jednej strony mamy spółdzielnie, które „administrują biedą”. W takim przypadku wielu członków spółdzielni jest zadłużonych, dzięki nim kierownictwo, klika utrzymuje swoją kontrolę nad całością. Załóżmy, że w spółdzielni w której skład wchodzi 3 tys. osób, 15 proc. jest trwale zadłużonych. Jeśli pojawia się jakaś opozycja, protest nielicznej zwykle grupy mieszkańców, zarząd jest w stanie przeciągnąć tych zadłużonych na swoją stronę, obiecując choćby umorzenie długów lub rozłożenie ich na raty. Ten typ spółdzielni dominuje w mniejszych i biedniejszych miastach.

Natomiast w zamożniejszych miastach funkcjonuje inny typ zarządzania spółdzielniami. Tutaj najczęściej zarząd/klika najcenniejszą część majątku wyprowadza na zewnątrz. Robi się to poprzez sprzedaż za nie doszacowane kwoty albo zlecenia dość kosztownych usług podstawionym firmom zewnętrznym, np. kilkukrotne docieplenia budynków czy instalacja drogich wind. Tutaj zarząd traktuje spółdzielnię jako bardzo intratny biznes.

Są także dobrze funkcjonujące spółdzielnie, zwykle mniejsze jednostki, gdzie łatwiej jest kontrolować zarząd, nawet jeśli to wciąż stara, po-PRL-owska klika.

Ale najczęściej występują chyba spółdzielcze „typy mieszane”?

Rzeczywiście, modele funkcjonowania spółdzielni nakładają się na siebie. Są spółdzielnie, gdzie w starych blokach mieszkają nierzadko starsi, ubodzy mieszkańcy, także patologiczne rodziny. Ale ich częścią są także nowe budynki, w których mieszkają młodsi, bardziej zamożni ludzie z większym kapitałem kulturowym, którzy nie pozwalają sobą manipulować i chcą kontrolować zarząd. Częstym modelem mieszanym jest równoczesne „zarządzanie biedą” i bogacenie się klik na wyprzedaży majątku spółdzielni. A przecież spółdzielczość zakłada solidaryzm. Jeśli zarząd dysponuje pewną nadwyżką finansową, także dzięki temu, że jest w posiadaniu bardziej intratnej i dochodowej nieruchomości, np. placu, to teoretycznie powinien przeznaczać zysk z tego choćby na obniżkę opłat eksploatacyjnych, co byłoby z największą korzyścią dla najuboższych członków takich spółdzielni. Ale odkąd badam spółdzielczość mieszkaniową, o czymś takim nie słyszałem. Za to niejednokrotnie spotkałem się ze zjawiskiem sprzedaży dużych działek i wartościowych części majątku spółdzielni firmom zewnętrznym, czasami podstawionym.

Jaka jest skala spółdzielczych patologii?

Nikt jej jeszcze dokładnie nie wyznaczył. Mogę jednak z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że wymienione patologie są w polskich spółdzielniach mieszkaniowych powszechne.

Czy zatem nie lepiej zlikwidować spółdzielczość mieszkaniową?

Dziś za likwidacją spółdzielczości mieszkaniowej optuje posłanka Lidia Staroń z Platformy Obywatelskiej. Tyle że to wylewanie dziecka z kąpielą. Po pierwsze, uważam, że możliwa jest efektywna spółdzielczość, i sądzę, iż zawsze będą ludzie zainteresowani taką formą społeczno-gospodarczej aktywności. Po drugie, to rozwiązanie niekonstytucyjne, a przynajmniej solidnie niedopracowane: jak można na zgodnie z ustawą zasadniczą rozwiązać jakiś typ spółdzielczości? Trzeba by na gruncie prawnym wprowadzić instrumenty zmuszające spółdzielnie do samorozwiązania. Po trzecie, zamiast likwidować spółdzielczość mieszkaniową, lepiej zastanowić się, jakimi metodami legislacyjnymi można stymulować zmiany na lepsze, choćby przez prawny zakaz łączenia funkcji członka i równoczesnego pracownika administracji spółdzielni.

Jest jeszcze inna, ważna sprawa. Na początku wywiadu mówiłem, że na osiedlach zarządzanych przez spółdzielnie mieszkaniowe żyje 12 mln osób. Proszę sobie wyobrazić, jaki chaos wprowadzi ewentualna likwidacja tych spółdzielni. Zaczną się procesy o podział części wspólnych, o podział działek, użytkowanie dróg itd. Ciężko byłoby dojść do ładu z wieloma budynkami i nieruchomościami. A to przecież wiąże się ściśle z życiem wielu ludzi. Do tego mamy wciąż sporą grupę ludzi niezdolnych do odpowiedzialnego zarządzania majątkiem, co może w efekcie pociągnąć ogromną falę eksmisji. Bo nawet te spółdzielnie, które „administrują biedą”, ratują uboższych ludzi przed o wiele gorszym losem. Owszem, czasem mowa o rodzinach czy osobach patologicznych. Ale mamy także sporą grupę osób biednych, nierzadko starych, którym spółdzielnie często idą w jakiś sposób na rękę.

Powiem jeszcze rzecz paradoksalną: jest pewien pozytywny rys nawet tych klientelistycznych struktur dzisiejszych spółdzielni. Powiedzmy, że w bloku psuje się winda. Tam, gdzie nie ma spółdzielni, czasem są problemy ze zbiórką pieniędzy na pokrycie naprawy. Bo mieszkańcy niższych pięter twierdzą, że z windy nie korzystają. Do tego jakiś procent mieszkańców jest po prostu biedny albo patologiczny. No i pozostali muszą płacić więcej… A tam, gdzie działa spółdzielnia, fundusz remontowy jest lepiej pilnowany. Socjolog stwierdzi w takiej sytuacji: nie ma dysfunkcji bez funkcji, to znaczy, nawet niedoskonałe formy społeczne spełniają jakieś pozytywne funkcje.

Skoro nie likwidować, to jak można ograniczyć spółdzielcze patologie?

Jestem za reformowaniem spółdzielczości od środka, lecz także z udziałem przedstawicieli społeczności lokalnej, np. rad dzielnic.”

8 Responses to “Folwarki prezesów

  1. Endriu

    Szanowny Fixie!

    Czy Ty wiesz, co piszesz o zamiarach likwidacji ogródków działkowych? Nawet nazwy nie przytaczasz poprawnej.
    Podobnie o obronie działek przez działkowców. Działki te nie były i nie są własnością działkowców, a Ty piszesz, że bronili „swych działek”.
    Nie wiesz, kto tu i czego bronił? Jak zorganizowana ta „obrona”? Z finalnym spotkaniem premiera wtedy Tuska z „prawdziwymi” centralnie -działkowcami?

    A zajrzyj choćby do aktualnych wymogów ustawowych odnośnie frekwencji i quorum na walne zgromadzenie ROD chcącego się odłączyć od krajowej czapy. Prawda, jakie niesymetrycznie zaporowe wobec dawnego z automatu podporządkowania tej centrali?

    • Fix

      Nie na tym polega istota problemu !
      Rzeczywistym problemem jest bierność ludu spółdzielczego.
      Można to określić jako 3 x „B” (bierny, bezradny, beznadziejny)

      Gdyby lud spółdzielczy chciał i potrafił to już dawno zaistniał by obywatelski projekt ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych poparty przez kilka milionów spółdzielców.

      Na początku roku działkowiczów zbulwersowała informacja, że altany wybudowane przez nich na działkach, są samowolą budowlaną i trzeba będzie je rozebrać.
      9 stycznia 2014 r. NSA wydał wyrok stawiający pod znakiem zapytania legalność, a więc i dalsze istnienie, prawie wszystkich altan w ogrodach działkowych.

      Z takim orzeczenie nie zgodzili się działkowcy i złożyli w Sejmie obywatelski projekt stosownej nowelizacji obowiązującego prawa.
      Pod projektem podpisało się ok. 700 tys. działkowców.

      9 grudnia br. rząd zaakceptował zgłoszone poprawki do ustawy Prawo budowlane.
      Poprawki do niego przygotowało Rządowe Centrum Legislacji oraz Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, a następnie skonsultowało je z Komitetem Inicjatywy Ustawodawczej „Stop rozbiórkom altan”, który jest inicjatorem projektu obywatelskiego.

      Z treści projektu ustawy Prawo budowlane wynika, że obiekty wznoszone przez działkowców będą określane mianem „altany działkowej” rozumianej jako „wolno stojący budynek rekreacyjno-wypoczynkowy”.

      Na budowę takiej altany nie będzie potrzebne pozwolenie na budowę.

      • Endriu

        Zbaczasz Fixie jak jakiś prezes sm.
        O altanach, świeży temat, masz rację, ale tej kwestii nie było w moim poprzednim wpisie. NSA wydał ażurowy gniot o ażurowych altanach, a po nagłośnieniu krajówka przechwyciła tu bardzo słuszne oburzenie wielu działkowców. Nie powiesz chyba, iż to sami działkowcy oddolnie zorganizowali ów „obywatelski” projekt?

        Zachęcam do czytania ze zrozumieniem. Chociaż sądzę, że wiesz, co istotnego pomijasz.

  2. MacEloe

    Uzupełnienie komentarza @Fix-a:
    1) Czerwiec 2014r; zebrania grup członkowskich w SM „Śródmieście” w Łodzi – mimo tragicznej wręcz sytuacji tej SM, frekwencja tylko na zebraniu jednej grupy ok,50%, a na pozostałych 25-35%;
    2) 14 grudnia 2014; Walne ŚSM w Warszawie zwołane w „trybie awaryjnym” przez KRS, w związku z również jej tragiczną sytuacją – obecnych 500 członków na ponad 2 tys., a ta SM ma 82 mln długu;
    3) wpisy członków i tych, ale i innych SM, na forach internetowych – kompletny brak znajomości swoich podstawowych praw, nie mówiąc już o znajomości ustawy o SM, czy prawa spółdzielczego. „Chciejstwo” i „mi(nam) się należy”.
    To już nawet nie jest tak, że osób wiedzących jak postępować z prezesami naruszającymi prawo „jest jak na lekarstwo” – bo aby ich znaleźć, trzeba ich szukać, jak „igły w stogu siana”

  3. Endriu

    Po lekturze powyższego wywiadu z dr Peisertem wpada odnieść się doń krytycznie tam, gdzie na to zasługuje. Ale także akceptująco w innych kwestiach, bo szereg celnych mysi przedstawia.

    Od PRL mamy syndrom „Alternatywy 4”. Poczucie władztwa wzmocnione poprzez ówczesne mechanizmy łaskawego przyznawania mieszkania, za które
    w końcowym rozrachunku w całości zapłacił-spółdzielca. Przy tamtym masowym głodzie mieszkaniowym ludzie szukali dojść do decydentów spółdzielczych, dawali nawet wyrazy wdzięczności, aby upragnione M-x im przydzielono! Nie w głowie im było bycie członkiem spółdzielni i inne ważne tam podmiotowo kwestie. Od zarania byli przedmiotowo właśnie traktowani.

    Celne zdanie socjologa o braku realnej demokratycznej kontroli nad tymi rzekomymi spółdzielniami. Moim zdaniem wewnątrz spółdzielni oraz z braku kontroli zewnętrznej, niezależnej od gremium funkcyjnego.
    Trafna diagnoza o typie po-PRLowskich aparatczyków. Wielu szukało bezpiecznych lądowisk z karuzeli PRLowskich stanowisk. M. in. w spółdzielniach znaleźli przytulisko. Zastępy nowych aparatczyków zostały wychowane przez owe fatalne relacje, teraz też już nowe osoby zainfekowane tamtym wirusem.

    Dokładnie zgodne ze stanem faktycznym jest stwierdzenie Peiserta, iż „…w większości przypadków mieszkańcy nadal nie mają de facto żadnej demokratycznej kontroli nad tymi rzekomymi spółdzielniami”. Takie spółdzielnie są rzekome, jako groteskowe wypaczenie zasad spółdzielczych.
    Słusznie prawi dr o potrzebie nawet zmarnowanej szansie powszechnego uwłaszczenia w trakcie po PRLowskiej odnowy. Jak mogło do tego uwłaszczenia dojść „oddolnie”?! Wtedy tylko rewolucyjna to mogła być droga, bowiem elity dbały o odgórne dla siebie zawłaszczanie stanowisk, majątku narodowego
    i społecznego. Drogą do uwłaszczenia
    w spółdzielniach mogły być stosowne zmiany
    w ustawach spółdzielczych. A te, jak wiadomo kilkadziesiąt razy nowelizowane i nadal kwestia idzie jak po grudzie, choć postęp jest – reglamentowany. Przy okazji wyciągnięto dodatkowe miliardy nadpłat za dawno spłacone mieszkania lokatorskie przy przekształcaniu ich na własnościowe! Ta wielka kasa poszła do spółdzielni, które nie wydały na budowę tych mieszkań ani grosza z tzw. swych pieniędzy.
    W dużo lepszej sytuacji są mieszkańcy innych zasobów, zwłaszcza komunalnych w budynkach, gdzie z bonifikatą sprzedawano im mieszkania. Oni nie ponieśli wcześniej żadnych kosztów budowy, a stają się faktycznymi właścicielami, choćby z realnym od razu udziałem we wspólnocie mieszkaniowej na mocy UoWL. W spółdzielniach zmyślne lobby wyłączyło tę ustawę w odniesieniu do tak samo nazywanej własności odrębnej mieszkań! Od roku w TK leży wniosek po-PRLowskich SLD i PSL , którego skutkiem może być kolejne horrendalne dopłacanie do spłaconych
    i nadpłaconych jw. mieszkań własnościowych przy ich wyodrębnianiu. Itp. odgórne, a nie oddolne a drogie niekończące się uwłaszczanie.

    Nie „władze” spółdzielni, a organy!!! Socjolog zajmujący się nieźle od lat problematyką spółdzielczą powinien mieć ustaloną terminologię. Ulega tu, jak i w paru innych kwestiach sugestywnemu wpływowi medialnej sieczki, wciskanej
    z inspiracji lobby „aparatczyków” spółdzielczych.

    Naiwnie uważa dr Peisert, że próba demokratyzacji
    w jego sm zderzyła się nawet „z nie oporem prezesa, ale mniej więcej setki pracowników spółdzielni, ich rodzin i znajomych, którzy się temu przeciwstawili”. We władczo zarządzanej spółdzielni to prezes /zarząd/ wyznacza role swym totumfackim! Oczywiście nie jawnie dla ogółu spółdzielców. Nie zauważył dr, że to głównie pracownicy, ich krewni, przedsiębiorcy związani interesami ze spółdzielnią oraz tzw. członkowie oczekujący stanowią tzw. żelazny prezesowski elektorat na walnych zgromadzeniach? Głosujący nawet za sprzecznymi czy bzdurnymi uchwałami autorstwa swych bossów. W imię fałszywej lojalności, a bardzo przeliczanej na materialny status. To samo odpowiednio dotyczy tzw. rad nadzorczych. Tu często decydują władczy prezesi, a nie to swojskie gremium.

    Bardzo celne zdanie Peiserta, iż w „…spółdzielniach mieszkaniowych powstał mechanizm destrukcyjny wobec aktywności obywatelskiej, oparty na układach wpływowych grup interesu”. Nie dodał jednak, że to dotyczy nie tylko kwestii wewnątrz spółdzielni, ale i lobby zewnętrznego. To ostatnie w skali lokalnej oraz szerszej. Bardzo interesowne, a zapalczywe
    w „walce” o utrzymanie obecnych relacji.

    W której sm jest dr Peisert? Jaką wykazuje tam aktywność? Czy taką samą, jak reszta niezaangażowanych spółdzielców? Apel jego słuszny, jednak powinien zdawać sobie sprawę z ukształtowania przez dziesięciolecia członków sm na półniewolników przez władczy tzw. zarząd spółdzielczy/? Przez sieczkę propagandową. Przez brak elementarnych informacji wewnątrzspółdzielczych. Przez poczucie bezsilności wobec zgranej struktury żelaznego elektoratu wokół grupy trzymającej tam władzę, czyli klik wg socjologa. Niby jak mają skutecznie patrzeć na ręce zarządowi ci zwykli członkowie? Wyrwanie stamtąd nawet możliwych ustawowo danych obarczone haczykiem prawnym z art. 8¹ USM i 18 PS spotyka się z coraz większym oporem. Nie wie o tym dr Peisert? Nie słyszał o głośnych problemach w szeregu spółdzielni, choćby ŚSM w Warszawie, SMS w Łodzi,
    w Koszalinie, w Ostrowcu, w Olsztynie,
    w Białymstoku, we Wrocławiu, itd.? Bez walki i to zorganizowanej z mozołem trudno w sm dokonać zmian niemiłych władcom. Dziurawe niestabilne prawo dodatkowo dziurawione dziwadłami interpretacyjnymi oraz realizacyjnymi!

    Tu dr trafnie styl zarządzania w wielu sm określa kliką. Podobnie o technikach wyprowadzania kasy
    i majątku ze spółdzielni. Jako bardzo intratny biznes. Niestety niekończenie dla ogółu spółdzielców.
    Demonizuje kwestię zadłużenia mieszkańców. Ten problem nie jest zasadniczym i występuje
    w rożnych strukturach, nie tylko w sm. Wszędzie sposoby prawne reakcji są takie same.

    Mówi, ze to jego sm, ale oczekuje aktywności od innych członków. Ciekawe, jaką aktywnością wykazał się sam w swojej spółdzielni i z jakim „serdecznym” przyjęciem ze strony władców oraz z jakim efektem? Jak niby ludzie mają uważniej patrzeć na ręce zarządowi? Skutecznie oczywiście. Nie wie, jak zaciekle, z coraz większym wsparciem tzw. organów sprawiedliwości broniony jest ów dostęp do istotnych danych zwłaszcza finansowych?
    Mylnie sugeruje, jakoby w sm nie przeznaczano zysku na zmniejszenie opłat eksploatacyjnych. Rzecz w tym, że na to idzie część tzw. nadwyżki. Nadwyżka ta pochodzi nie tylko z przychodów z wynajmu majątku wspólnego sm, ale także ze skrytych nadpłat ściąganych od mieszkańców – wbrew zasadzie ustawowej, iż sm nie może odnosić korzyści finansowych kosztem spółdzielców! Dojście do tego, jakie są szczegółowe z nazwy i kwotowo składowe owych opłat w sm graniczy z cudem. Ochotnie
    a rozwlekle zarządy i RN rozwodzić się lubują o tzw. opłatach niezależnych od spółdzielni /głównie za media/. O opłatach zależnych, czyli choćby
    o kosztach administracyjnych mają jakiś kłopot
    z uszczegółowieniem poszczególnych składowych tych opłat!

    Socjolog słusznie twierdzi, ze patologie w polskich sm są powszechne. Opinia czap krajowych w rodzaju ZRSMRP oraz KRS rażąco odbiega od tej konstatacji socjologa. Te centralne struktury, głównie prezesowskie i dalekie od zwykłych członków zaklinać wolą propagandowo rzeczywistość. Propaganda sukcesu o swych dokonaniach, czarnowidztwo wobec koniecznych zmian czy o głosie oddolnej strony społecznej /plankton dla nich/. Bagatelizują, nie zauważają skandalicznych sytuacji w szeregu niby wspaniałych sm!

    Powielając opinię negatywnego lobby funkcyjnego, iż posłanka Staroń optuje za likwidacja spółdzielni czyni dr Peisert niedźwiedzią przysługę! Gdzież on takie intencje wyczytał? W projektach tej grupy posłów są konkretne zapisy korygujące ustawy spółdzielcze w kierunku uregulowania tego prawa. Zgodnie z realnie podmiotowym usytuowaniem członków i mieszkańców sm – pod względem właścicielskim, informacyjnym oraz decyzyjnym! Cóż badacz uważa za niekonstytucyjne w projekcie usm tej grupy posłów? Czy to, aby spółdzielcy stali się faktycznymi właścicielami swoich lokali po całkowitej spłacie kosztów ich budowy?! Nadal chciałby orwellowskiego zróżnicowania tej samej własności odrębnej – inaczej w zasobach spółdzielczych, a pełnię tych praw
    w innych zasobach?!
    Czy jest za tym, aby w sm ustawowo papierowa demokracja spółdzielcza nadal w realu była DEMONkracją rodem z PRL?!
    Z manowców logicznych pochodzi jego wzmianka
    o jakimś wymogu ustawowego zmuszania spółdzielni do samorozwiązania. Przecież w obecnym prawie te mechanizmy są ujęte – i skutecznie stosowane. Jedna opcja mówi o likwidacji spółdzielni /nie tylko mieszkaniowej/ wolą większości członków na dwóch walnych zgromadzeniach zwołanych w odstępie co najmniej 2 tygodni! A jakie tam ponad 50% quorum jest wymagane! Inaczej, niż na zwykłych walnych, gdzie do prawomocności zebrania wystarczy jedna osoba na . np. tysiące członków nieobecnych.
    W ramach badań naukowych oraz członkostwa w swej sm ten socjolog jeszcze nie doczytał tego przepisu
    i frekwencyjnej groteskowości zwykłych walnych? Drugą już realizowaną prawnie drogą do likwidacji spółdzielni jest upadłość likwidacyjna. Zamiast wyłuszczać szczegóły, proponuję Panu Peisertowi wycieczkę do Łodzi, do aktualnie poddawanej takiej procedurze SM Śródmieście. Tam innych odkryć dokona.

    Mrzonką socjologa jest oczekiwanie jakiś sensownych nowelizacji ustaw spółdzielczych w obecnej sytuacji politycznej! Destrukcyjna interesownie od lat rola SLD i PSL. PiS przez SKOKi oraz zacietrzewienie antyPOlityczne „zapomniał” o swej wspaniałej, wiodącej roli w dobrej nowelizacji z 2007 roku. PO wbrew obywatelskiej nazwie stoi w rozkroku, szereg tam tuzów dobitnie antyczłonkowskie
    i antyobywatelskie ma tu podejście. Twój Ruch już stał się niczyim ruchem – na własne życzenie. Dopóki nie będzie zgodnej woli stosownej większości parlamentarnej, nie ma co oczekiwać sensownych zmian prawa.

    Martwi się dr Peisert tak samo, jak lobbyści prezesowscy, o zagospodarowanie mienia wspólnego sm. Nie zauważa, do jakiego tu galimatiasu doprowadziły choćby na nowo podziały działek, nieruchomości, dróg komunikacyjnych, itp. po nowelizacji 2000 roku!
    Nie zauważa fikcji ustawowego zapisu o tym, że majątek spółdzielni jest prywatną własnością członków. Uważa członków za niezdolnych do decydowania o swej własności? Jeśli ta własność fikcyjna, a zarządy sm władczo umocowane, to cóż mogą członkowie? Ale już nie kwestionuje owej zdolności do zarządzania u właścicieli odrębnych mieszkań we wspólnotach w innych zasobach?
    Powiela propagandowe brednie funkcjonariuszy spółdzielczych o lepszym gospodarowaniu funduszem remontowym w spółdzielniach niż w innych strukturach zarządzania nieruchomościami! Właśnie w sm zwykle brak koniecznej przejrzystości i jawności wobec mieszkańców – płatników. Nie mówiąc o często zawyżanych kosztach robót. Podobnie innych „usług”. Sam sobie zaprzecza swym wcześniej głoszonym opiniom o patologiach w spółdzielniach.

    Na koniec kolejna z naiwnych myśli socjologa – o reformowaniu spółdzielczości „ od środka”. Pewnie ma tu na myśli aktywność koniecznej do tego większości członków – którą to aktywność słusznie negatywnie opisał wcześniej! Nie podaje recepty na tę oddolną reformę. Owszem, są jednostkowe przypadki takich zmian. Tu jednak badacz powinien zdawać sobie sprawę z ogromu przeszkód w takich „samoregulacjach”, gdzie bez żmudnego wysiłku „rewolucjonistów” oraz bez walki nie obywa się. Nadal będzie dochodzić do owych oddolnych zmian, jednak problem tkwi w paskudnym prawie.
    Cóż mogą tu zdziałać rady dzielnic pozostaje tajemnicą, równą zeru. Zwłaszcza, że nazwane przez niego kliki obejmują układy nie tyko wewnątrz spółdzielni, a znacznie szerzej, w rożnych formach
    i konfiguracjach.

    Zatem, co dobre – to dobre, a co złe – to złe!

    • Endriu

      Krekta i uzupełnienie powyższego wpisu.

      Pierwsze zdanie poprawiam /literówki/:
      Po lekturze powyższego wywiadu z dr Peisertem wypada odnieść się doń krytycznie tam, gdzie na to zasługuje. Ale także akceptująco w innych kwestiach, bo szereg celnych myśli przedstawia.

      I uzupełnienie:
      Gdyby jednak zgodnie z marzeniem socjologa doszło także w sm do powszechnego
      uwłaszczenia na początku tzw. odnowy. No to jaki model spółdzielczości zwłaszcza mieszkaniowej wtedy według niego być powinien? Właściciele prawie wszystkich mieszkań nadal mieliby pozostawać pod niewolniczym butem ustawowo przymusowego zarządu spółdzielczego, czytaj- prezesowskiego?
      Ano na jeden z podmiotowych właścicielsko modeli wskazuje obsobaczany przez „kliki” tzw. staroniowy projekt usm.
      Spółdzielnie mieszkaniowe choćby z zasady samorządności powinny być od początku obligatoryjnie WSPÓLNOTAMI WSPÓLNOT, te większe zwłaszcza, o złożonej strukturze organizacyjnej.
      Jako WSPÓLNOTY SPÓŁDZIELCZE w każdej nieruchomości od dawna mogły funkcjonować społeczne samorządy i z nich generowane ewentualne rady osiedli. Ogniwa te z istotnym, realnym wpływem na kwestie dotyczące zakresu ich funkcjonowania. Nie kadłubowe, bezwolne atrapy. Ponieważ to zostało celowo zabagnione wskutek władczych zapędów wokółprezesowskich grup, pozostaje obligatoryjne zastosowanie Ustawy o Własności Lokali do SM. Nadal z możliwością pozostawania w spółdzielni tych WSPÓLNOT MIESZKANIOWYCH – zgodnie z wolą większości WŁAŚCICIELI lokali.
      WŁASNOŚĆ MA ZAWSZE WŁASNOŚĆ ZNACZYĆ, BEZ INTERPRETACYJNYCH CUDACTW.
      Zapaskudzenie polskiej spółdzielczości wymaga szeregu innych koniecznych pilnie regulacji.
      Negatywne lobby funkcyjne oraz jego zaplecze polityczno – interesowne będzie mocno „walczyć”, by zachować swój monopol decyzyjno – dezinformacyjny. Także po ewentualnym słusznym dla ogółu spółdzielców i mieszkańców decyzji Trybunału w sprawie wniosku grupy 50 posłów PO. Nie można wtedy wykluczyć, że nagle olśnieni „władcy” sm zaczną domagać się i rychło wprowadzać owe ww. spółdzielcze samorządy nieruchomości. Pod swym bacznym okiem i nadzorem, na swoją modłę.

      • Fix

        Z uporem godnym lepszej sprawy będę powtarzał, że spółdzielcy to ludzie z innej epoki.

        Jakoś nie widać pospolitego ruszenia spółdzielców w celu uwłaszczenia lub przynajmniej sensownego zorganizowania spółdzielni oraz optymalizacji zarządzania nimi.

        Dosadnie powiem, że znacząca część posiadaczy spółdzielczych praw do lokali mieszkalnych to typ ludzi o tzw.”umysłach zniewolonych”, którymi łatwo manipulują funkcjonariusze organów spółdzielczych.
        A tzw.”dysydenci” zwalczający patologie spółdzielcze to tylko margines spółdzielców bez istotnego znaczenia.
        Nawet pojawiające się upadłości spółdzielni mieszkaniowych niewiele uczą pozostałych spółdzielców.

        Zastanawiam się dlaczego inna grupa społeczna, jaką są użytkownicy rodzinnych ogrodów działkowych jest tak mobilna w zakresie obrony swoich interesów ?

        Ile to było działań zmierzających do likwidacji rodzinnych ogrodów działkowych?
        Nawet był zamiar uznania altan na działkach za nielegalne.

        Jednak działkowcom chciało się i potrafili obronić swoje działki.

        Natomiast spółdzielcy nie potrafią lub nie chcą zadbać o swoje sprawy.
        Proszę zauważyć np. jakie to „tłumy” spółdzielców zjawiły się na ostatniej rozprawie przed TK.

        Parafrazując wiersz Konopnickiej można powiedzieć: Patataj, patataj – jacy ludzie taki kraj !

  4. Petarda

    Mafia nie pozwoli likwidować, ani ograniczyć spółdzielcze patologie. Bierzmy przykład od sąsiadów, przecież jesteśmy w Unii.
    http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1319671,Strajk-generalny-w-Belgii-Paraliz-komunikacyjny-zamkniete-szpitale-i-szkoly

Comments are closed.